Część I DROGA
„Pamięć to nasz obowiązek.”
Są miejsca, do których jedzie się po to, by zrobić zdjęcie. Są miejsca, do których jedzie się dla pięknych widoków, dobrej kuchni albo odrobiny przygody. Ale istnieją również takie, których nie znajdziemy w przewodnikach turystycznych. Nie prowadzą do nich drogowskazy. Nie stoją przy nich stoiska z pamiątkami.
Czasem są to niewielkie cmentarze ukryte pośród afrykańskiej sawanny. Kilkadziesiąt prostych, białych krzyży. Wyblakły napis. Polska flaga poruszająca się na wietrze. Wokół śpiewają egzotyczne ptaki, a czerwony pył osiada na butach tak samo jak przed osiemdziesięciu laty.
Dla przypadkowego podróżnika byłoby to jedno z wielu miejsc na mapie świata. Dla uczestników IV Rajdu Pamięci Armii Gen. Andersa było celem.
Nie dlatego, że tam kończyła się droga. Dlatego, że właśnie tam zaczynała się pamięć.
Historia tej wyprawy nie zaczyna się jednak w Afryce. Nie zaczyna się nawet w Tanzanii. Jej początek należy odsunąć o ponad osiemdziesiąt lat. Do śniegu. Do syberyjskiego mrozu. Do wagonów bydlęcych, których drzwi zamykano od zewnątrz. Do matek tulących dzieci, aby choć odrobinę ochronić je przed zimnem. Do ludzi, którzy nie wiedzieli jeszcze, że ich droga zaprowadzi ich przez Persję, Indie, Afrykę, Nową Zelandię i dziesiątki innych miejsc rozsianych po świecie.
Wśród nich były tysiące dzieci. Nie miały pojęcia, czym jest Tanzania. Nigdy nie słyszały o Tengeru. Nie wiedziały, że kiedyś ktoś przyjedzie z Polski tylko po to, żeby zapalić świeczkę na ich grobie.
Dlatego IV Rajd Pamięci Armii Gen. Andersa nie był zwykłą wyprawą motocyklistów. Był próbą domknięcia historii. Historii ludzi, których wojna wyrwała z domów, rozrzuciła po świecie, a których nazwiska coraz rzadziej pojawiają się w podręcznikach. Nie jechano po rekord. Nie jechano dla egzotyki. Nie jechano nawet po przygodę. Jechano po pamięć.
7 czerwca. Drohiczyn dopiero budził się do życia. Poranne światło leniwie przesuwało się po murach najstarszego miasta Podlasia, kiedy uczestnicy rajdu zgromadzili się na Mszy Świętej. Tak właśnie powinny rozpoczynać się takie wyprawy. Nie od huku silników. Od ciszy. Od modlitwy. Od chwili, w której każdy może jeszcze raz odpowiedzieć sobie na pytanie: Dlaczego jadę?
Bo przecież przed nimi było kilkanaście tysięcy kilometrów. Kilka tygodni poza domem, granice, promy, nieprzewidywalna pogoda, afrykańskie drogi, zmęczenie. To wszystko było ważne. Ale nie najważniejsze. Najważniejszy był cel.
Po Eucharystii kolumna motocykli ruszyła ulicami Drohiczyna. Silniki zabrzmiały donośnie. Nie zagłuszyły jednak ciszy, która pozostała po modlitwie. Zanim uczestnicy skierowali się ku południowym granicom Europy, zatrzymali się jeszcze przy miejscu szczególnym. Przy pomniku śp. komandora Wiktora Węgrzyna.
Nie sposób opowiadać o współczesnych rajdach pamięci, nie wspominając człowieka, który pokazał, że motocykl może być czymś więcej niż środkiem transportu. Może być sztandarem. Może być świadectwem. Może być lekcją historii.
Granica z Ukrainą nie była tylko kolejnym punktem na trasie. Była wejściem do świata, w którym historia niemal wychodzi na drogę.
Kamieniec Podolski. Miasto, którego potężna twierdza od stuleci przypomina o burzliwych losach Rzeczypospolitej. Tutaj uczestnicy rajdu rozpoczęli dzień od Mszy Świętej w katedrze Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Nieprzypadkowo.
Podczas całej wyprawy modlitwa będzie wracała jak refren. Na polskich cmentarzach, w niewielkich kościołach, na afrykańskiej ziemi, na plaży Zanzibaru. Bo pamięć potrzebuje nie tylko słów. Potrzebuje także ciszy.
Spotkanie z biskupem Leonem Dubrawskim było kolejnym dowodem, że polskie ślady na dawnych Kresach nie są jedynie historią zamkniętą w archiwach. Nadal żyją w ludziach, którzy od pokoleń strzegą tego dziedzictwa. Chwilę później biało-czerwone wieńce spoczęły pod pomnikami św. Jana Pawła II oraz pułkownika Jerzego Wołodyjowskiego – dwóch postaci, które choć dzieliły je stulecia, łączyła służba wartościom większym od własnego życia.
Wieczorem rajd przekroczył kolejną granicę. Rumunia. Dla większości turystów oznacza Karpaty, zamki i malownicze krajobrazy. Dla uczestników rajdu najważniejszym punktem był jednak Nowy Sołoniec.
To niezwykłe miejsce. Nie dlatego, że jest piękne, choć jest. Nie dlatego, że jest stare, choć ma bogatą historię. Wyjątkowe jest dlatego, że od ponad dwustu lat żyją tam Polacy. Nie z wyboru, z historii.
Ich przodkowie przybyli tu jeszcze w XVIII wieku. Dzisiaj nadal mówią po polsku, śpiewają polskie pieśni, modlą się po polsku. Przekazują dzieciom te same tradycje, które ich przodkowie zabrali ze sobą z rodzinnych stron.
Nie trzeba było wielu słów. Wystarczyło wspólne śpiewanie, kilka uścisków dłoni, kilka wzruszonych spojrzeń. W takich chwilach człowiek uświadamia sobie, że granice państw są czymś znacznie mniej trwałym niż pamięć o własnych korzeniach.
I może właśnie dlatego uczestnicy rajdu wyjeżdżali stamtąd bogatsi nie o kolejne zdjęcia, ale o przekonanie, że Polska potrafi przetrwać wszędzie tam, gdzie są ludzie gotowi ją pielęgnować.
Następnego dnia droga prowadziła już ku Morzu Czarnemu. W Warnie wszystko wydawało się spokojne. Turyści spacerowali promenadą. Plaże żyły własnym rytmem. Niewielu z nich zatrzymywało się przy mauzoleum młodego króla.
A przecież właśnie tutaj historia Europy mogła potoczyć się zupełnie inaczej. Władysław Warneńczyk miał zaledwie dwadzieścia lat. Dzisiaj wielu jego rówieśników kończy studia, planuje przyszłość, podróżuje po świecie. On poprowadził wojska przeciwko Imperium Osmańskiemu i oddał życie pod Warną.
Motocykliści zatrzymali się przy jego pomniku. Nie po to, by odhaczyć kolejny punkt programu. Po to, by przypomnieć sobie, że historia Polski od wieków rozgrywała się daleko poza granicami kraju. I że właśnie dlatego ich własna droga również prowadzi dalej. Znacznie dalej. Do miejsca, którego nazwy większość Polaków nigdy wcześniej nie słyszała. Do Tengeru.
Ale zanim tam dotrą, czeka ich jeszcze jedno miejsce. Mała polska wieś ukryta po azjatyckiej stronie Bosforu. Adampol. Miejsce, w którym emigranci po Powstaniu Listopadowym udowodnili, że Ojczyznę można nosić nie tylko w paszporcie.
Można ją nosić w sercu.
Część II AFRYKA, KTÓREJ MIAŁO NIE BYĆ
Nie wiadomo, jak miał na imię. Mógł mieć osiem lat, może dziewięć. Być może nazywał się Janek, a może Staszek. Nie zachowało się jego zdjęcie. Nie wiemy, czy lubił biegać szybciej od kolegów ani czy potrafił gwizdać przez zęby. Wiemy tylko jedno. Był Polakiem.
Kiedy wywożono go z rodzinnego domu, nie rozumiał jeszcze słowa „zesłanie”. Pamiętał za to skrzypienie śniegu pod butami. Płacz matki, zapach mokrych desek w wagonie. I głód, wieczny głód.
Potem była Syberia, mróz tak silny, że oddech zamieniał się w lód. Dni podobne do siebie, praca ponad siły. Ludzie, którzy znikali. Dzieci, które przestawały się bawić nie dlatego, że dorosły, lecz dlatego, że wojna zbyt szybko odebrała im dzieciństwo.
Kilka miesięcy później wydarzył się cud. Nazywał się Anders. Tysiące ludzi opuszczało “nieludzką ziemię”, nie wiedząc jeszcze, dokąd prowadzi ich droga. Najpierw Persja, potem kolejne kraje, wreszcie Afryka.
Dla wielu z nich brzmiała jak nazwa z bajki. Nie mieli pojęcia, że właśnie tam pierwszy raz od wielu miesięcy najedzą się do syta. Że zobaczą drzewa, usłyszą śmiech i znów zaczną chodzić do szkoły.
Osiemdziesiąt trzy lata później tą samą drogą jadą motocykliści. Nie dlatego, że chcą przeżyć przygodę, lecz dlatego że próbują odnaleźć ślady tamtych dzieci.
Kiedy prom dobija do afrykańskiego brzegu, nie słychać już huku europejskich autostrad. Czuć inny zapach, powietrze staje się cięższe, wilgotniejsze. Słońce świeci inaczej, drogi zmieniają kolor. Kurz zaczyna osiadać na motocyklach.
To już nie Europa.
To Afryka.
Kontynent, który dla tysięcy Polaków stał się kiedyś drugim domem.
I ostatnim.
Pierwszym przystankiem jest misja Furaha. W języku suahili oznacza to „radość”. Trudno o trafniejszą nazwę. Pośród zieleni, śpiewu ptaków i dziecięcych głosów uczestnicy spotykają ludzi, którzy od lat robią dokładnie to samo, co robili kiedyś opiekunowie polskich sierot: pomagają, uczą, leczą, dają nadzieję.
Ojciec Jacek, franciszkanin ze Śląska, opowiada o codzienności, której nie widać w folderach turystycznych. Tutaj Afryka nie jest egzotyczną pocztówką. Jest domem dla tysięcy ludzi.
Patrząc na misję trudno oprzeć się myśli, że podobnie mogły wyglądać pierwsze dni polskich dzieci, które po latach głodu nagle zobaczyły ludzi uśmiechających się bez strachu.
Następnego dnia droga prowadzi do miejsca, którego nazwy większość Polaków nigdy nie słyszała — Tengeru. Na mapie Tanzanii to niewielka miejscowość, na mapie polskiej pamięci jedno z najważniejszych miejsc na świecie.
Tutaj po wojnie mieszkało blisko pięć tysięcy Polaków, powstały szkoły, warsztaty, kościół, a nawet harcerstwo.
Dzieci znowu zaczęły się śmiać, po raz pierwszy od bardzo dawna.
Wyobraźmy sobie tamte poranki. Dziewczynka wychodzi z niewielkiego domu, biegnie do szkoły. Nauczyciel mówi po polsku, na ścianie wisi biały orzeł. Przez chwilę można zapomnieć o Syberii, o głodzie, o wagonach i o tych, którzy zostali za wschodnią granicą.
Choć na chwilę można znowu być dzieckiem.
Ale nie wszystkim było to dane. Nie wszystkie organizmy wytrzymały głód, nie wszystkie dzieci pokonały choroby, nie wszystkie matki doczekały końca wojny. Dla wielu ostatnim adresem stało się właśnie Tengeru.
Motocykle zatrzymują się przed cmentarzem — silniki gasną niemal jednocześnie i zapada cisza. Nikt nie wydaje komendy, nie trzeba. Każdy wie, że są miejsca, w których człowiek powinien mówić jak najmniej.
Białe krzyże stoją w równych rzędach: na każdym polskie nazwisko. Niektóre brzmią znajomo, tak samo jak nazwiska sąsiadów, nauczycieli, kolegów.
Nagle okazuje się, że ci ludzie nie są już anonimową historią, a mogli mieszkać ulicę dalej, mogli być naszymi dziadkami.
Ktoś stawia znicz, ktoś poprawia biało-czerwoną wstążkę, ktoś długo wpatruje się w datę urodzenia. Dziewięć lat. Jedenaście. Czternaście. Nie trzeba nic mówić — najgłośniej przemawia cisza.
Potem rozpoczyna się Msza Święta. Słowa modlitwy unoszą się nad afrykańską ziemią. Tam, gdzie jeszcze chwilę wcześniej słychać było tylko ptaki teraz rozbrzmiewa polski hymn.
Trudno wyobrazić sobie bardziej niezwykłą scenerię: biało-czerwone flagi, afrykańskie słońce i „Jeszcze Polska nie zginęła” śpiewane kilka tysięcy kilometrów od Wisły.
Być może właśnie w takich chwilach najlepiej rozumie się znaczenie słowa Ojczyzna. Bo Ojczyzna nie kończy się tam, gdzie kończy się jej granica na mapie, Ojczyzna trwa wszędzie tam, gdzie ktoś pamięta.
I właśnie dlatego uczestnicy IV Rajdu Pamięci Armii Gen. Andersa przyjechali do Tengeru. Nie po to, by zobaczyć historię. Po to, by powiedzieć tym, którzy tu zostali: Nie zapomnieliśmy.
Wieczorem nikt nie mówi już zbyt wiele. Motocykle stoją zaparkowane obok siebie, kurz powoli opada, każdy układa w głowie własną rozmowę z ludźmi, których nigdy nie poznał.
Bo są spotkania, które odbywają się bez słów.
Część III LUDZIE
Przez wiele lat wydawało się, że historia Armii Andersa kończy się na ostatnim rzędzie białych krzyży, na prostych nagrobkach, na nazwiskach, na datach.
A przecież historia nigdy nie kończy się na cmentarzu. Jeżeli ktoś naprawdę żył, zostawia po sobie coś więcej niż miejsce pochówku — zostawia pamięć, zostawia opowieść, zostawia ludzi.
Nazajutrz motocykle ponownie ruszają, a czerwona ziemia Tanzanii unosi się spod kół. Po obu stronach drogi migają akacje, tu i ówdzie widać niewielkie gliniane domy. Dzieci machają przejeżdżającej kolumnie. Niektóre nich nawet biegną przez chwilę poboczem, próbując dotrzymać kroku maszynom. Ich śmiech niesie się daleko.
Trudno nie pomyśleć o tamtych dzieciach, o tych, które ponad osiemdziesiąt lat wcześniej po raz pierwszy zobaczyły Afrykę. One również pewnie biegały śmiały się, próbowały zapomnieć.
Dziecko zawsze próbuje wrócić do normalności.
Nawet wtedy, gdy świat dorosłych rozsypał się na kawałki.
Droga prowadzi ku Ngorongoro, a krajobraz zmienia się z każdym kilometrem. Afryka nie jest taka, jaką znamy z pocztówek. Nie jest tylko złotą sawanną i baobabami. Jest ogromna, surowa, czasem cicha i niepokojąco pusta tylko po to aby chwilę później wybuchnąć feerią barw.
To ziemia, która należy do nich — do Masajów. Wysocy, wyprostowani, ubrani w czerwone szaty powitali motocyklistów. Stoją spokojnie, jakby czas płynął tutaj zupełnie inaczej. W ich oczach nie ma ciekawości turysty, jest za to spokój człowieka, który od pokoleń żyje w rytmie tej samej ziemi.
Spotkanie trwa krócej, niż chciałoby się zatrzymać, ale zostaje na długo w pamięci, bo nagle okazuje się, że choć dzieli nas język, kontynent i historia, coś pozostaje wspólne: szacunek dla przodków, przywiązanie do tradycji, przekonanie, że człowiek bez pamięci przestaje wiedzieć, kim jest.
Może właśnie dlatego uczestnicy rajdu tak dobrze odnajdują się w tych rozmowach, bo nie przyjechali tu jako zdobywcy, a jako goście, a gość najpierw słucha — dopiero później opowiada o sobie.
Kilkaset kilometrów dalej historia znów zmienia ton. Kondoa. Potem Ifunda. Kidugala. Morogoro.
Nazwy brzmią egzotycznie. Jednak dla historyków Armii Andersa znaczą tyle, co Monte Cassino, Tobruk czy Isfahan. Tutaj również są polskie cmentarze. Tutaj również są nazwiska. Tutaj również stoją białe krzyże.
Za każdym razem wygląda to podobnie: motocykle ustawiają się obok siebie, kaski zostają zdjęte, rozwijana jest biało-czerwona flaga.
Najpierw modlitwa, potem hymn, na końcu cisza — najdłuższa część każdej uroczystości, bo cisza nie potrzebuje tłumacza.
Niektórych mogłoby dziwić, dlaczego uczestnicy zatrzymują się na każdym z tych cmentarzy. Czy nie wystarczyłby jeden? Nie, bo za każdym krzyżem stoi inna rodzina, inna historia, inna matka, inne dziecko, inny żołnierz.
Pamięć nie lubi uogólnień. Pamięć zawsze jest osobista.
Może właśnie dlatego ktoś przez pół świata przywozi znicz dla człowieka, którego nigdy nie poznał, bo nazwisko wyryte na kamieniu przestaje być anonimowe, kiedy ktoś je odczyta na głos.
Są jednak również chwile lżejsze, lecz wciąż takie, bez których ta opowieść byłaby niepełna. Dzieci z miejscowych szkół i ich nieśmiałe spojrzenia zastąpione potem prze pierwsze uśmiechy, machanie rękami czy wspólne zdjęcia.
Najpierw ostrożność, potem nieskończona życzliwość, bo dzieci wszędzie na świecie rozumieją ten sam język — dobroci. Nie potrzeba wtedy słów, wystarczy uśmiech.
Nie sposób opowiedzieć o tej wyprawie bez ludzi Kościoła: franciszkanie, misjonarze, siostry zakonne, kapłani. Dla wielu uczestników rajdu byli nie tylko gospodarzami — byli przewodnikami. To oni pokazywali miejsca, których nie ma na turystycznych mapach i przekazywali historie osób pochowanych na niewielkich cmentarzach. To oni od lat pilnują, aby polskie ślady nie zarosły trawą. Ich codzienna praca nie trafia na pierwsze strony gazet, ale właśnie dzięki niej ktoś przyjeżdżający z Polski może uklęknąć przy grobie rodaka i powiedzieć: Jesteśmy.
Szczególnym momentem staje się również wizyta w Ambasadzie Rzeczypospolitej Polskiej w Dar es Salaam. To spotkanie ma zupełnie inny charakter: nie ma cmentarza, nie ma zniczy, nie ma białych krzyży. Jest rozmowa o Polsce, o historii, o tym, dlaczego warto pokonywać tysiące kilometrów dla pamięci.
Takie chwile pokazują, że patriotyzm ma wiele twarzy — jedni pielęgnują go, opiekując się cmentarzami, inni uczą historii, a jeszcze inni reprezentują Polskę poza jej granicami. Każdy robi to inaczej, a jednak wszyscy służą tej samej sprawie.
A potem przychodzi Zanzibar i niektórzy mogliby zapytać: dlaczego po tylu cmentarzach nagle ocean, palmy, biały piasek? Odpowiedź jest prostsza, niż się wydaje: człowiek nie jest stworzony wyłącznie do dźwigania ciężaru. Potrzebuje chwili, aby spojrzeć w dal, usiąść, pomilczeć, uporządkować wszystko, co zobaczył.
Ocean Indyjski nie wymazał obrazów z Tengeru, nie przykrył wspomnień z Kondoa, a stał się jedynie miejscem, w którym można było zrozumieć ich sens.
Patrząc na bezkresną wodę łatwo uświadomić sobie, jak niewielki jest człowiek, ale równie łatwo zrozumieć, że nawet jeden człowiek może nieść pamięć przez pół świata.
Wieczorem motocykliści siedzą razem, a rozmowy toczą się spokojniej niż na początku rajdu: nikt już nie mówi o kilometrach, nie mówi o zmęczeniu. Coraz częściej wracają nazwiska, miejsca, napotkani ludzie.
To znak, że wyprawa zaczęła zmieniać się w coś więcej niż podróż: powoli stawała się częścią każdego z nich.
I właśnie wtedy można było zrozumieć słowo, które organizatorzy powtarzali niemal każdego dnia. Braterstwo. Nie rodzi się ono z identycznych poglądów ani z jednakowych motocykli. Rodzi się wtedy, gdy grupa ludzi niesie ten sam ciężar i robi to razem.
Część IV POWRÓT
Są powroty, które smakują zwycięstwem, są też takie, które przynoszą ulgę, lecz są także powroty, po których człowiek już nigdy nie jest taki sam.
Jeszcze kilka dni wcześniej wydawało się, że Afryka będzie trwała bez końca: każdy poranek przynosił nowe drogi, nowe twarze, nowe historie a z wraz z nimi kolejne nazwiska zapisane na białych krzyżach i kolejne miejsca, o których większość Polaków nigdy wcześniej nie słyszała. A jednak nadszedł dzień, w którym trzeba było powiedzieć: Wracamy.
Nie było w tym smutku — była wdzięczność, bo przecież nie każdemu dane jest zobaczyć miejsca, o których przez lata czytało się jedynie w książkach. Nie każdy może uklęknąć przy grobie rodaka w Tengeru. Nie każdy może usłyszeć „Mazurka Dąbrowskiego” pośród afrykańskich drzew. Nie każdy może przekonać się, że Polska potrafi istnieć tysiące kilometrów od Wisły.
Droga powrotna prowadzi przez Rumunię, potem przez Węgry Słowację. Kilometry płyną spokojniej niż wcześniej i już nikt nie odlicza odległości, nikt nie zastanawia się, ile jeszcze zostało do następnego postoju.
Wszystko, co najważniejsze, wydarzyło się już wcześniej. Teraz pozostaje tylko zabrać to ze sobą do domu.
Wieczorami rozmowy brzmią inaczej niż na początku rajdu: nie dotyczą już planu na jutro, pogody ani motocykli. Coraz częściej ktoś zaczyna zdanie od słów: pamiętasz…?
Pamiętasz tę dziewczynkę przy misji? Pamiętasz cmentarz w Tengeru? Pamiętasz staruszka z Bukowiny, który mówił piękną polszczyzną? Pamiętasz dzieci śpiewające razem z nami? Pamiętasz ciszę?
Najbardziej zapamiętuje się właśnie ciszę.
26 czerwca uczestnicy zatrzymują się w Harghita-Băi, wśród rumuńskich gór, gdzie po raz pierwszy od wielu dni nie słychać afrykańskich ptaków. Powietrze pachnie lasem, a noc jest chłodniejsza. Przy wspólnym stole nie trzeba już opowiadać wszystkiego — ludzie, którzy przeszli razem taką drogę, potrafią rozumieć się bez słów.
To właśnie wtedy rodzi się prawdziwe braterstwo: nie podczas uroczystości, nie na zdjęciach, a przy prostych rozmowach po dniu pełnym zmęczenia.
Następnego ranka motocykle znów ruszają: jeszcze Rumunia, Węgry, Słowacja, a potem granica. Technicznie to tylko szlaban, kilka znaków drogowych i formalności, a jednak w tej chwili wszyscy czują dokładnie to samo — dom.
Po tysiącach kilometrów wita ich znajomy krajobraz: Tatry, Zakopane, Polska.
Nazajutrz uczestnicy spotykają się po raz ostatni w tym rajdzie na Krzeptówkach w Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej. To nie przypadek, że właśnie tutaj kończy się rajd, każda pielgrzymka potrzebuje miejsca, w którym można podziękować nie tylko za szczęśliwy powrót, ale także za ludzi, za spotkania, za doświadczenia. Jednak przede wszystkim za to, że historia przestała być odległym rozdziałem w książce i stała się czymś, czego można było dotknąć.
Podczas Mszy Świętej nie kończy się tylko wyprawa, domyka się pewien krąg. Rozpoczęty na pozór kilka tygodni wcześniej w Drohiczynie, a tak naprawdę osiemdziesiąt trzy lata wcześniej tam, gdzie z sowieckiej ziemi wychodzili żołnierze generała Andersa i tysiące polskich cywilów.
Historia zatoczyła koło.
Kiedy wszyscy zaczynają rozjeżdżać się do swoich domów, świat wygląda dokładnie tak samo jak przed wyjazdem: samochody jadą swoimi drogami, ludzie spieszą się do pracy, dzieci bawią się na podwórkach. Nikt nie zauważa, że właśnie zakończyła się wyprawa licząca tysiące kilometrów. I może właśnie tak powinno być, bo najważniejsze rzeczy rzadko dzieją się przy aplauzie tłumu.
Kilka dni później czerwony afrykański kurz zostanie zmyty z motocykli, walizki wrócą na swoje miejsca, a zdjęcia trafią do albumów. Jest jednak coś, czego nie da się odłożyć na półkę —pamięć. Ona wraca razem z uczestnikami, siada z nimi przy stole przychodzi do nich podczas zwyczajnych dni.
Na jednym z afrykańskich cmentarzy wiatr porusza niewielką flagą. Słońce zachodzi dokładnie tak samo jak każdego dnia. Ptaki śpiewają, a trawa porasta ziemię. Świat nie wie, że spoczywają tam Polacy, ale to już nie ma znaczenia. Bo ktoś o nich pamięta.
I dopóki choć jeden człowiek będzie gotów przejechać tysiące kilometrów, aby zapalić znicz na ich grobach, dopóty nie będą opuszczeni. Na tym właśnie polega zwycięstwo nad zapomnieniem.
Bo są drogi, po których nie jedzie się po to, by dokądś dotrzeć, a po to, by ci, którzy zostali daleko od Ojczyzny, nigdy nie zostali daleko od naszej pamięci.
Partnerem strategicznym IV Rajdu Andersa jest województwo podlaskie.







































































































































































































































































































































































































