Trudno sobie wyobrazić ptaka bardziej polskiego niż bocian. Jest oczywiście biały orzeł w polskim godle, są dokarmiane zimą wróble i sikorki oraz jaskółki, które w pojedynkę nie czynią wiosny. Nie jest moim zamiarem, by ujmować im polskości. Coś jednak w bocianie sprawia, że w przeciągu sekundy przed oczami stają polskie pola i intensywnie niebieskie ojczyste niebo. Może to przez Norwida, który tęsknił do kraju chroniącego ponad wszystko bocianie gniazda na gruszy? Ich biało-czerwone barwy? Może przez to, że stanowią nieodłączny element polskich żniw? A może to ukryte w bocianie serce Polaka, które nakazuje mu co roku pokonać setki tysięcy kilometrów, żeby wrócić do kraju? Pod tym względem nie różni się bocian od Mickiewicza i Wielkiej Emigracji. Od przesiedleńców, Sybiraków, ludzi wywiezionych na roboty do Niemiec – ich głównym celem był powrót do Polski.
Oto historia o bocianie, ludziach, którzy go spotkali i o Polsce.
Tekst napisany na podstawie historii i badań Pana Stanisława Matuszewskiego.
W 1931 roku, w czasach pełnych wielkiej nadziei na lepsze jutro i jednakowego lęku przed nim, zaczęto w Polsce obrączkować ptaki. Była to wówczas nowa metoda badań ich migracji, zimowisk, czasu przelotu. Pojedynczym przedstawicielom danego gatunku zakładało się metalowe (od niedawna plastikowe) obrączki – działają one jak dowód osobisty danego osobnika.
Historia bociana numer 1602 miała swój początek, a także swój koniec, na długo przed zjazdem Grupy Badawczej Bociana Białego w 2017 roku, kiedy ją usłyszałem. Wydarzenie odbywało się w Białowieży, a jednym z prelegentów był pan Tomasz Mokwa – biolog ze Stacji Ornitologicznej Muzeum i Instytutu Zoologii PAN. Częścią jego wystąpienia była wiadomość powrotna z 1934 roku, która brzmiała:
„K.O.P.
Batalion Dederkały
Nr 180
Dederkały dnia 27 czerwca 1934 r.
Obrączka rejstr. bociana zabitego
przez żołnierzy gran. Z.S.R.R.
Dyrekcja Muzeum Zoologicznego w Warszawie
Na granicy polsko-sowieckiej przy słupie granicznym Nr 1756 żołnierze K.O.P., pełniący służbę graniczną znaleźli bociana dogorywającego, który posiadał załączoną obrączkę aluminiowa na nodze Nr 1602, zarejestrowaną w Muzeum Zoologicznem w Warszawie. Bociana tego postrzelili śmiertelnie żołnierze pogranicznej straży Z.S.R.R., który jednakowoż zdołał dowlec się do słupa granicznego polskiego, pod którym dopiero życie zakończył.
Wymienioną obrączkę załączam do wykorzystania.
Dowódca Baonu w/z Trojanowski kapitan”
Była to niezwykła historia, której trudno odmówić symboliczności, a może nawet wizyjności. Rzecz działa się na pięć lat przed II wojną światową, napaścią Niemiec i Związku Radzieckiego na Polskę i wszystkimi okrucieństwami, które były jej następstwem. Na sześć lat przed nieludzkim ludobójstwem polskich oficerów, przez żołnierzy tej samej nacji, którzy właśnie odebrali życie niewinnemu, polskiemu bocianowi. A zarazem czternaście lat po bitwie warszawskiej i szesnaście od zakończenia rosyjskiej okupacji.
Doskonale pamiętam, jak w przerwie od wystąpień podczas zjazdu Grupy Badawczej z ostrożnym uśmiechem komentowaliśmy historię bocianiego patrioty, który dopiero pod polskim słupem granicznym dokonał żywota. Nikt z nas nie przypuszczał, że z bocianem numer 1602 wiąże się filmowa niemalże opowieść, której głównym wątkiem jest rzeka niewinnej polskiej krwi i ocean cierpień polskich dzieci.
Na tym etapie opowieści należy wprowadzić dwa pojęcia: „obrączkarz”, czyli osoba obrączkująca ptaka oraz „znalazca” – człowiek, który go zauważy. Niezwykle ważne dla ornitologów są dane na temat tych dwóch osób, a także okoliczności w jakich nastąpiło zaobrączkowanie lub odnalezienie ptaka.
Około trzech lat po zjeździe Grupy Badawczej Bociana Białego świat ogarnęła pandemia, a razem z nią przyszła izolacja i odosobnienie. Były one dla mnie motywacją, by powrócić do zdjęć z Białowieży z 2017 roku. Zainteresowałem się znalazcą bociana numer 1602.
Kapitan Sylwester Trojanowski przeżył odnalezionego przez siebie ptaka jedynie o sześć lat. Spotkał go los bliźniaczo podobny do nieszczęśnika, który skończył życie pod polskim słupem granicznym. Kapitan Trojanowski trafił bowiem do obozu w Kozielsku, a następnie został zamordowany strzałem w tył głowy w lesie katyńskim wiosną 1940 roku. Jego nazwisko można odnaleźć na pozycji numer 22 na liście wywózkowej LW 032/1 z 14 kwietnia 1940 roku.
Po śmierci zostawił za sobą żonę Bogdanę oraz córkę Janinę (dop. red.: Autorce tekstu udało się odnaleźć nagrobek osoby, która wiekiem i pochodzeniem odpowiadałaby córce majora Trojanowskiego (przy śmiałym założeniu, że nie zmieniła nazwiska), lecz nie ma wystarczających danych, by potwierdzić, że jest to ta sama osoba). Pośmiertnie został awansowany do stopnia majora.
Do Kozielska trafił jako dowódca Batalionu Korpusu Ochrony Pogranicza „Ostronóg”. Wcześniej, w 1914 roku, walczył w Armii Niemieckiej na froncie zachodnim. Po powrocie został członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej Zaboru Pruskiego i walczył w Powstaniu Wielkopolskim, gdzie rozbrajał załogi niemieckich koszar, walczył pod Gołańczą, Kcynią, Szczepicami i Szubinem oraz dowodził gnieźnieńskim oddziałem CKM, który sam wcześniej utworzył.
Dowodził Kampanii Kaemów w 67. Pułku Piechoty w trakcie wojny polsko-bolszewickiej, podczas której doczekał się awansu do stopnia kapitana ze starszeństwem. Został oddelegowany do pełnienia służby w Korpusie Ochrony Pogranicza, gdzie dwa lata po przeniesieniu spotkał bociana numer 1602.
Kilka lat przed tym wydarzeniem hrabia Kazimierz Antoni Wodzicki – polski zoolog, ornitolog i dyplomata – prowadził badania nad wpływem magnetyzmu ziemskiego na trasy przelotów bociana białego. W tym celu założył na czerwoną nogę białego bociana metalową obrączkę z numerem 1602. Nie myślał wtedy o tym, że czeka go wędrówka równie długa i żmudna, jak trasy przelotów, które chciał przeanalizować.
W 1939 roku część rodziny hrabiego została deportowana przez NKWD na Syberię, czego rezultatem była śmierć ojca ornitologa, a on sam został zatrzymany przez NKWD. Po zwolnieniu emigrował do Paryża, gdzie czekali już na niego jego żona i dzieci. Następnie udał się do Nowej Zelandii, gdzie w latach 1941-1945 pełnił funkcję konsula generalnego Rządu Rzeczypospolitej na uchodźstwie.
Jego żona Maria – delegatka Polskiego Czerwonego Krzyża – oraz Janet Fraser, żona premiera Nowej Zelandii Petera Frasera dokonały razem, z pomocą mężów, rzeczy niezwykłej.
Kiedy Armia Andersa, która wyprowadziła z Rosji tysiące polskich cywilów, w tym dzieci, szukała dla nich schronienia, inicjatywa Wodzickiej i Fraser sprawiła, że Nowa Zelandia przyjęła pod swoje skrzydła 733 polskie dzieci, które do tej pory przebywały w Isfahanie. Premier dodatkowo zadbał o to, żeby sieroty i pół sieroty mogły pozostać w kraju aż do zakończenia wojny.
Polska Polonia była Wodzickim niezwykle bliska aż do końca ich dni. Otaczali opieką kampus Pahiatua, gdzie dzieci z Isfahanu zamieszkały wraz z setką opiekunów, wspierali polskie duszpasterstwo, a hrabia przyczynił się do zorganizowania kursu języka polskiego na Victotia University of Wellington.
Wodzicki osiadł na stałe w Nowej Zelandii. Powrócił do zawodu zoologa i opublikował w pierwszych powojennych numerach „Ochrony przyrody” swoje zapiski na temat nowozelandzkiego ptactwa. Dziś jego prace nad ekologią zwierząt, fauną Nowej Zelandii, zwierzętami introdukowanymi i ekologią wysp południowych stanowią naukowy punkt odniesienia dla wielu prac bawczych.
Mało kto pamięta jednak o jednym, zaobrączkowanym przez niego bocianie.
Historia bociana numer 1602 to opowieść o stracie, cierpieniu i nadziei. Łączy ze sobą losy ludzi różnych od siebie, ale takich samych w kwestiach najważniejszych: w miłości do kraju. Poprzez zwykłego białego bociana złączyły się losy żołnierza, ofiary katyńskiego bestialstwa, który niczym bocian numer 1602 zginął z rosyjskiej ręki, z losami polskiego hrabiego, który jak zaobrączkowany przez niego ptak nie zapomniał o swoim pochodzeniu, o swoim domu, o swojej ojczyźnie.




