W codziennym pędzie często nie przykładamy uwagi do otoczenia. Zapominamy rozejrzeć się po okolicy i zastanowić nad tym, co ukazuje się naszym oczom. Pomniki i miejsca pamięci w naszym otoczeniu traktujemy jako element krajobrazu – coś, co widzieliśmy w tym miejscu od zawsze, nie zastanawiając się dlaczego. Przedstawiamy pierwszy artykuł z serii „Strzępy pamięci”, który odkryje historie zapomnianych miejsc pamięci w małych miasteczkach i wsiach.
- Pomnik ks. gen. Stanisława Brzóski
Stanisław Brzóska urodził się w grudniu 1832 roku. Był potomkiem starej szlacheckiej rodziny herbu Nowina. Po otrzymaniu święceń kapłańskich został wikariuszem najpierw na parafii w Sokołowie Podlaskim, a później w Łukowie. Tam za wygłoszanie kazania patriotycznego został skazany przez sąd wojenny na 2 lata niewoli w twierdzy w Zamościu. Finalnie przebywał tam jednak tylko trzy miesiące.
Po powrocie dołączył do walki z zaborcą. Po wybuchu powstania styczniowego został mianowany naczelnym kapelanem wojsk powstańczych w stopniu generała. Brał udział w bitwie pod Siemiatyczami, Woskrzenicami. Gręzówką, Włodawą, Sławatyczami i Fajsławicami.
Kiedy powstanie upadło jeszcze długo ukrywał się wraz ze swoim oddziałem w lasach. W 1865 roku, kiedy razem ze swoim adiutantem ukrywał się we wsi Krasnodęby Sypytki, został pojmany i uwięziony. Okazało się, że jedna z kurierek Rządu Narodowego po długich torturach podała miejsce jego przebywania.
Stanisław Brzóska został powieszony na rynku w Sokołowie Podlaski 23 maja 1865 roku. Jego egzekucję oglądało 10 tysięcy osób. Jego śmierć uznaje się za symboliczny koniec powstania.
W rocznicę tego wydarzenia, w 1925 roku w miejscu jego stracenia stanął pomnik. Nie cieszył on jednak oczu mieszkańców zbyt długo, gdyż po wybuchu II wojny światowej Niemcy rozkradli jego elementy i przetopili na amunicję.
Dopiero w 1985 roku odrestaurowano pomnik do jego dawnej chwały, a w 2008 roku Prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pod nim księdza Brzóskę Orderem Orła Białego.
Maria Jehanne-Wielopolska tak pisała o księdzu Brzósce:
„Zgnoili swoją ziemię krwią, pracowicie. Buńczuczny ich sen wydawał im się coraz śmielszy i głębszy i coraz czarowniejszy — a byli jak ów, który śpi i nie wie, że ktoś z boku coraz krytyczniej i niechętniej na niego patrzy. Tylko geniusze karmić można systematycznie: gorczycą, tylko ofiarników: ołowiem bez ujmy dla dostojności ich żołądków.
Raczono ich tedy ołowiem, systematycznie, prawie że z macierzyńską pieczołowitością.
Czynili wrażenie, że są jak ten cesarz krotochwilny, który ta życia pogrzeb sobie własny urządził, na katafalk wnieść się kazał, położyć w trumnie i śpiewać nad sobą requiescat.
Tylko że nad nimi, oprócz wichrów podlaskich, jesiennych i oprócz szumiących drzew, nikt nie śpiewał i nie grał.
Mieli — gdzieś — kiedyś — orkiestrę, ba! i jaką! Jeden klarnet i jeden bęben, jak żuawi Rochebruna, ale klarnecistę nadział na bagnet (już dawno!) młody podoficerek ze Smoleńskiego pułku… na amen nadział… a bęben podziurawiły kartacze, także na amen. Nad ich zgoła niecesarskim pogrzebem śpiewały więc tylko wichry, no i te zmurszałe drzewa podlaskie, zestraszałe, obierane z liścia.
Znikł śliczny sztandar, haftowany przez panny wojewodzianki sandomierskie, a niesiony przez młodziutkiego chorążego, którego imienia nikt się nigdy nie dowiedział. Padł i młodziutki chorąży. Sczezły piękne szare sukmany z zielonymi wyłogami, którymi przybrał ich grzbiety pan pułkownik Krysiński.
Ani śladu mundurów.
Garderoba ich, to właściwie coś, czego nazwać nie można żadnym krawieckim terminem. Kolor jej tylko jest zdecydowanie brunatnym. Brunatne są resztki sukna, wiszące ochłapami na brunatnych resztkach koszuli, z której prześwieca zwycięsko brunatne, owszone ciało — widoczne najbardziej na łokciach, na kolanach i na tej niestety części poniżej krzyża, nie nadającej się w przyzwoitym towarzystwie określić.
Najlepiej stosunkowo trzyma się podkasana sutanna księdza dowódcy, choć i ona już na wszystko filozoficznie patrzy wytrzeszczonymi otworami łat, pękniętych szwów i niedyskretnych szczelin.
Nie mieli już nic ludzkiego, co by ich oczy cieszyło i podniecało duszę.
Inaczej walczy się i ginie wśród palby nowiuteńkich rusznic, pstrokacizny szykownych mundurów, we wspaniałym łopotaniu drogich nade wszystko sztandarów, ze śmiercionośną, śliczną bronią w ręku — niż ot tak, jak oni, w leszczynie i bagnach, mając przepalone kominki u luf, lufy zaś bez bączków, siekiery tępe, poszczerbione kosy i zaledwie kilka cali sukna na grzbiecie,
Zmuszeni byli mieć bohaterstwa dozę podwójną, tę mianowicie, która tkwi wewnątrz bohatera, i tę, którą dopiero wytwarza podnieta jakaś zewnętrzna, wrażenie stałe, zewnętrzne: symbole jakieś porywające, znaki jaskrawe, pobudzające dźwięki.
Bo do podwojonych wysiłków trzeba mieć bohaterstwa dozę podwojoną.”

- Tablica pamiątkowa poświęcona ks. gen. Stanisławowi Brzósce i Franciszkowi Wilczyńskiemu w Krasnodębach Sypytkach
W miejscu, w którym stał dom Ksawerego Bielińskiego – sołtysa wsi, u którego ukrywał się Brzóska – stanął kamienny posąd z pamiątkową tablicą głoszącą: „Gdy pamięć ludzka gaśnie mówią kamienie. Tu ukrywał się i został aresztowany gen. ks. Stanisław Brzóska ostatni Komendant Powstania 1863 r. na Podlasiu oraz jego adiutant Franciszek Wilczyński. Wielka chwała bohaterom.” Dom sołtysa został zniszczony, ale w 1986 roku, dzięki wysiłkom mieszkańców wsi, godnie upamiętniono ofiarę jego oraz żołnierzy, których ukrywał.
Maria Jehanne-Wielopolska o egzekucji:
„Stali teraz, biali, u stóp rusztowania, jak dwa tragiczne pierroty, z rękoma w tył związanymi.
Wyniosły ich wraże ręce z lasu, jak wynoszą nieraz ręce niegodne monstrancję z tabernakulum i okazują ludowi, w białym welonie spowitą.
Ludzie pochylili głowy jak przed monstrancją, a wokół szumiała ulewa swoje: „Te deum laudamus“… Ciebie, Ojczyzno, któraś jest Bogiem, chwalimy…
Oczy Brzózki, zapatrzone miłośnie w lud, zdawały się mówić:
— Wszystko jest kolebką Tobie, Ojczyzno! i te pola na pozór straszne, na których położyły się Twoje syny — i te lodowe kazamaty sybirskie — i to rusztowanie, na którym zawisną nasze ciała — wszystko jest Tobie kolebką, Ojczyzno! grób jest tylko nam, przechodzącym…
Weszli tedy, milcząc, na stopnie, plącząc się w śmiertelnej koszuli. Wilczyński obejrzał się raz jeszcze za nieznajomą, kraśną dziewczyną, która nad nim, nieznajomym, płakała, ale ona wsiąkła już w tłum i nie mógł jej dojrzeć.
Kat, czekający na górze, zarzucił im mokre lasso na szyje, jak zwierzętom, na które się czyha zza drzewa. Tłum w odpowiedzi zawył — rozpacznym, dzikim głosem — głusząc łoskot ulewy i łoskot bębnów,
Wśród tych głosów, tego rozpętanego wycia, warczenia bębnów i nie kończącego się szumu ulewy, kat bezgłośnie trącił stołek pod nogami Brzózki.
Zakołysał się Brzózka lekko, nie skrzywiwszy nawet twarzy. Potem kat trącił drugi stołek i obaj wisielcy jęli się chwiać w rozwilgotniałym na szczęt powietrzu, niby dwa białe, ofiarne komunikanty, podawane niebu drżącą ręką.
Deszcz zaś spokojnie płynął po ich nienaturalnie wydłużonych ciałach, jak po słomianym chochole, kryjącym nie wiadomo co.
Są takie chochoły — w ogrodach — co kryją na sen zimowy krzaki płomiennej róży, aby z wiosną mogła na nowo zakwitnąć.„

- Pomnik „Nigdy więcej”
17 listopada 1943 roku hitlerowcy przeprowadzili na ulicach Sokołowa Podlaskiego łapankę, w wyniku której pojmano i rozstrzelano 10 osób. Byli to ludzie bardzo młodzi, najstarszy z nich miał tylko 44 lata, najmłodszy jedynie 19. Do dziś na fragmencie ściany z czerwonej cegły widać miejsca, w które trafiły pociski. Z początku ta odarta z tynku część, była jedynie niedużym kawałkiem ściany budynku. Tam właśnie, przy wyłożonym betonowymi płytami placu, postanowiono uczcić pamięć zamordowanych. Dziś pomnik wygląda zupełnie inaczej: fragment muru został „wycięty” i zamknięty w prostokątnym pomniku. Nad murem, wedle oryginału, widnieje napis „Nigdy więcej”. Nigdy więcej wojny, nigdy więcej katów, nigdy więcej śmierci niewinnych.

- Pomnik Żołnierzy AK i struktur poakowskich obwodu „Jezioro” oraz mieszkańców powiatu sokołowskiego poległych i pomordowanych w latach 1944 – 1953
Kiedy ucichły nieco echa II wojny światowej, Państwowa Komisja Bezpieczeństwa wydała rozporządzenie odnośnie tropienia i likwidowania oddziałów partyzanckich działających na terenie Polski. Oto, jak wyglądały instrukcje przekazane żołnierzom:
Z instrukcji MBP: „Grupa operacyjna w terenie”: „Grupa operacyjna w zagrożonym terenie, w rozumieniu niniejszej instrukcji prowadzi nie tylko akcje typu wojskowo – operacyjnego, zasięg działalności jej bowiem nie ogranicza się wyłącznie do rozwiązania pewnych problemów taktycznych – sięga głębiej i utożsamia się prawie z tak zwaną „pacyfikacją terenu” najszlachetniej pojętą. Każda banda musi otrzymać swój sztab operacyjny, który niczym innym się nie zajmując będzie tak długo tropił bandę, dopóki jej ostatecznie nie zlikwiduje. Każda grupa operacyjna winna prowadzić walkę z bandą systemem jak największej ofensywy, tzn. nie czekając na jakąś akcję ze strony bandy, szukać jej i śmiało atakować. Urządzać zasadzki i inne kombinacje, w ten sposób banda byłaby systematycznie niszczona. Jeśli chodzi o pomoc do życia okazywaną przez krewnych poszczególnym członkom bandy, jak np. nakarmienie znajomego członka lub krewnego, udzielanie mu noclegu itp., to /…/ do zastosowania represji wymagane jest, aby ta pomoc nie miała charakteru doraźnego, lecz odbywała się więcej niż jeden raz. Z uwagi na rozmiary i stopień szkodliwości jaki dla RP stanowią wszelkie formy pomocy bandytom – należy w każdym wypadku reagować na tego typu przestępstwa przez aresztowanie osoby podejrzanej. Stanowczo każda akcja musi być pościgiem, doprowadzona do ostatecznego zlikwidowania bandy. Przerwanie akcji po rozproszeniu się bandy należy traktować jako przestępstwo. Dało się zauważyć, że nie wszędzie przejęto się zasadą poprawnej postawy wobec ludności cywilnej. Zanotowano wiele wypadków rekwizycji i bezprawia”.
Na skutek tych działań śmierć ponieśli nie tylko żołnierze, ale także ci, na których spadał choć cień podejrzeń o działalność wywrotową. Komunistyczne siły bezpieczeństwa bezkarnie mordowały, gwałciły, rabowały i paliły gospodarstwa tym, którzy mogli chociażby pomagać partyzantom.
Aresztowaniom umknęło jednak kilka oddziałów z terenów Podlasia i Mazowsza. W końcu jednak trafili w brutalne ręce wrogów. Oto, co pisali oni sami oraz świadkowie wydarzeń, na temat aresztowań i przesłuchań polskich „band”.
– wspomnienia kobiety, która ukrywała Lucjana Niemyjskiego ps. „Krakus”: „Już dniało, jak prowadzili mnie do domu. Dookoła zabudowań karabiny maszynowe ponastawiali. Podeszłam pod chlew i mówię: – Panie Lutku, proszę wyjść, bo wojsko wie, że pan u nas jest. Po chwili usłyszałam szelest słomy. Schodził na dół. Odsunęłam się więc na bok od drzwi. Nagle padł strzał. Podbiegłam do chlewa, otworzyłam drzwi. Na ziemi leżał „Krakus” – jeszcze drgał. Był ubrany w wojskowe spodnie i białą koszulę. Obok odrzuconej na bok ręki leżał pistolet. Strzelił sobie w usta. Nie chciał oddać się w ich ręce, bo wiedział, co go czeka. Opowiadał nam kiedyś, że już po ujawnieniu [w 1947 roku] był aresztowany i tak bity, ze w stawie go cucili. Potem uciekł z tego aresztu. Teraz wolał odebrać sobie życie niż pozwolić drugi raz się złapać. Miał może trzydzieści lat”.
– Józef Białowąs ps. „Litwin” o początku obławy na oddział „Lamparta”: „Jedenastego maja, gdy spałem w szałasie, zbudził mnie „Lampart”, każąc się natychmiast ubierać, mówiąc że w lesie podobno jest wojsko. Natychmiast to miejsce, w którym mieliśmy szałasy, opuściliśmy kierując się bardziej w głąb lasu. Przeszliśmy […] około pół kilometra, przechodząc jakąś duktę, zbliżyliśmy się do jakiejś ścieżki, nagle „Sokół” odskoczył, ja również, ale nic nie zauważyłem i w tym czasie otrzymałem postrzał w łopatkę, poprzez ramię, „Sokół” padł na miejscu, nie wiem czy ranny, a reszta wszyscy my wróciliśmy z powrotem, biegiem tej ścieżki, niektórzy ostrzeliwując się. Od ramienia po którym kula poszła do łopatki, palce lewej ręki zaczęły mi momentalnie drętwieć. Zrozumieliśmy, że jesteśmy otoczeni. Wojsko następnie nas zaczęło zachodzić z różnych stron i w czasie strzelaniny „Ryś” został zabity otrzymując postrzał w głowę. Wojsko wzywało nas do poddania się. Gdy zaczęliśmy się cofać do lasu, wtedy zostałem ranny w miednicę i rękę. Od razu padłem, „Romek” to widząc zawrócił i zabrał ode mnie pepechę, i wszyscy trzej, to jest „Lampart”, „Ryszard” i „Roman” zostawili mnie, nie robiąc nawet opatrunku dla mnie i straciłem ich z oczu”.
– żołnierz NZW Witold Teske o swoim pobycie w areszcie: „Począwszy od zmroku, całą noc do rana odbywały się przeważnie śledztwa, którym towarzyszyły bezustanne krzyki mordowanych. Nikt nie spał, a nawet odważnych ludzi ogarniał strach. Wycia były nieustanne, ludzie krzyczeli z bólu. Słychać było charczenie ludzi duszonych. Szczególnie przykre były krzyki i płacz katowanych kobiet. Będąc w celi gdzie były szczeliny przy futrynie, widziałem jak funkcjonariusze trzymali leżącego i rozkrzyżowanego Stefana Majewskiego. Był obecny lekarz ze strzykawką a śledczy Bronisław Szczerbakowski początkowo straszył a w końcu polecił dokonać leżącemu zastrzyku, co nastąpiło, czemu towarzyszyło nieludzkie wycie torturowanego”.
Aby uczcić pamięć zamordowanych i zamęczonych wówczas ludzi, żołnierzy i cywili, stanął w Sokołowie pomnik złożony kamiennego krzyża i czapki wojskowej. Pod nim na tablicy w kształcie Polski i kamieniach upamiętniono nazwiska i czyny poległych.

- Pomnik ku czci żołnierzy 6 Brygady Wileńskiej AK w Borychowie
Bezpośrednio związany ze wcześniej wspomnianym pomnikiem, ten jest poświęcony czterem żołnierzom 6 Brygady Wileńskiej, którzy właśnie w tamtym miejscu zostali zamordowani. Ukrywał ich na terenie swojego gospodarstwa odważny Marian Borychowski, którego komuniści zamęczyli za pomoc partyzantom.

Źródła:
https://www.fotografika-kurc.prosta.pl/sokolow/z_tamtych_lat/zdjecia_sokolowa_009.html
https://archive.org/details/bc.wbp.lodz.pl.Kryjaki_MKD11332a_12199/page/92/mode/2up
