Po kłopotach z zamarzającymi linkami gazu na poprzednim zlocie, szybko zamówiłem nowe i zdążyły do mnie dotrzeć po południu przed startem. Fakt ten mocno mnie ucieszył, jednak szybko okazało się, że o ile pancerze mają idealną długość, to same cięgna są za krótkie o 1.5 cm. Nie pozostało mi nic innego tylko przepłukać stare linki Vulcanem i założyć je z powrotem. Jak się później okazało ten zabieg pomógł i wszystko było dobrze, chociaż zdaję sobie sprawę, że nie na długo. Odcinek Sierakowice – Loh (Loh to „dziura” po niemiecku i zarazem nazwa wioski, gdzie odbywa się zlot Elefantentreffen, którego teren faktycznie jest jedną wielką dziurą) to 1070 km, dlatego znowu musiałem podzielić jazdę na dwa dni. Z racji pozytywnych prognoz pogody (temperatura w oklicach 0 stopni) postanowiłem, że pierwszego dnia zrobię 660 km, a drugiego 410 km, żeby szybciej zameldować się na miejscu. Na Airbnb znalazłem tani nocleg w okolicach Lipska. W zasadzie jeśli chodzi o ubiór to za dużo nie zmieniłem w stosunku do poprzedniego wyjazdu. Dodałem jedynie na wierzch spodnie przeciwdeszczowe (mimo, że po całym dniu jazdy od wewnątrz robi się termos i zbiera się wilgoć, to i tak warto je ubrać, bo dobrze chronią przed zimnym wiatrem), przykleiłem chiński pinlock do szybki (jest trochę mniejszy od oryginalnego, ale moim zdaniem nie warto przepłacać, bo robi robotę) oraz zamieniłem letnie rękawice na ocieplane (różnica lekko na plus). Trasa przebiegała z Kaszub na Berlin i dalej autobanami na południe aż do Bawarii, jakieś 100 km na wschód od Ratyzbony. Ruszyłem o 8 rano, kiedy termometr pokazywał 7 stopni na minusie, ale zgodnie z prognozami im bliżej Niemiec tym miało być lepiej. Trochę źle to rozegrałem, bo od razu szczelnie zamknąłem szybkę i wszystko zaparowało/zamarzło od środka łącznie z pinlockiem. Jednak tylko ten jeden raz się na nim zawiodłem, później kilka razy uratował mi skórę do tego stopnia, że bez niego jazda byłaby niemożliwa (tę chińską naklejkę docenia się tak naprawdę w warunkach dużej wilgotności, kiedy wszystko oprócz niej jest cały czas zaparowane). Pierwsze 500 km poszło jak z płatka. W pewnym momencie zaczęło trochę kropić, później zaczął padać deszcz ze śniegiem i w końcu sam śnieg. Nagle słyszę, że silnik zaczął krzywo chodzić. W pierwszym odruchu przełączyłem na rezerwę, ale to nic nie pomogło. Po bardziej dokładnym przysłuchaniu stwierdziłem, że pracuje tylko jeden gar. Spojrzałem na cycki, a tu się iskrzy spod prawej fajki. Poruszałem ją rękawicą, popieściło mnie trochę, ale iskry ustały i silnik zaczął chodzić normalnie. Nie minęło 10 km i sytuacja się powtórzyła, tyle że pioruny siarczyste pojawiły się na lewym cylindrze. Znowu pomacałem fajkę, znowu mnie popieściło i znowu silnik wrócił do normy. Nie na długo. Po kolejnych 20 km silnik zaczął pracować naprawdę źle. Na szczeście pojawił się MOP i zjechałem zobaczyć co jest grane. Zdjąłem obie fajki, żeby zbadać czy nic nie jest luźne, zwłaszcze nakrętki na świecach, ale wszystko wydawło się OK, więc ruszyłem dalej. Początkowo było dobrze, ale za moment problemy powróciły. Spojrzałem na nawigację, która kazała mi zjechać z autostrady, ponieważ do noclegu zostało już tylko 12 km. Motocykl jechał fatalnie, strzelał w tłumik, nie miał mocy i zgasł na najbliższych światłach. Ożył. Jechałem dalej, kulawo, ale jachałem. Uroku sytuacji dodał zmrok i świeży śnieg na bocznych drogach, który zafundował mi totalną ślizgawicę. Ostatnie 10 km poruszałem się z prędkością 20-25 km/h w ogóle nie panując nad maszyną. Na szczęście udało mi się dotrzeć na miejsce, gdzie czekało na mnie małe zadaszenie, pod które schowałem motocykl. Mokre ubrania i mufki trafiły na gorący grzejnik, a fajki wraz z przewodami do suchego pokoju z nadzieją, że wyschną i następnego do wszystko już będzie w porządku. Tak jednak się nie stało, ponieważ po przebudzeniu zauważyłem totalnego flaka w tylnym kole. Nie ma to jak dobrze zacząć dzień … Szczęśliwie wziąłem ze sobą kompresor (przy okazji polecam – firma Berkut – zajmuje naprawdę mało miejsca, posiada manometr i działa po wpięciu w akumulator, więc nie musimy się martwić, czy jest naładowany). Napompowana opona zaczęła syczeć, ale stwierdziłem, że dam radę dojechać 12 km do najbliższej wulkanizacji. Wysuszone przewody podłączyłem do cewki i fajki dodatkowo owinąłem taśmą samowulkanizującą, którą dostałem w spadku po Niemcu. Ruszyłem i jak kibic trzymający kciuki czekałem na dalszy rozwój sytuacji. Nie musiałem długo czekać, bo po 5 km silnik znowu zachorował. Doczłapałem się jednak do wulkanizcaji, ale tylko po to, żeby usłyszeć, że motocykli nie obsługują. Młody Niemiec podsunął mi jedank dwa adresy, gdzie powinni mi pomóc. Wybrałem ten drugi, ponieważ na mniejscu miał być też jakiś mechanik. GS kichał i prychał, ale znowu przejechał kilka kilometrów, aż moim oczom ukazał się salon, wulkanizacja, sklep i warsztat motocyklowy w jednym – full opcja! Pomyślałem – teraz to jestem uratowany! Poczekałem chwilę, bo jeszcze było zamknięte, ale za moment ktoś podjechał. Wyszła pani, która tam pracowała. Niestety tak jak ja nie potrafiłem rozmawiać po niemiecku, tak ona nie potrafiła po angielsku. Powiedziała jedynie: „kolegen, kolegen”. No i za chwilę przyszedł kolegen Jens, z którym rozpoczęliśmy łamaną konwersację angielsko – niemiecką. Powiedziałem mu, że mam dwa problemy: jeden to opona, a drugi problem z elektryką. Odpowiedział, że owszem mają warsztat, ale jest zima i ze względu na brak roboty nie ma żadnego mechanika. Zerknął na oponę i pokręcił głową, że takiej nie mają. Ja mu na to, że przecież można ją załatać. W tym momencie spojrzał na mnie jakbym powiedział najgorsze bluźnierstwo. „Jak naprawić?! W Niemczech się nie naprawia opon! To jest nielegalne!” I tu nie mogliśmy się przez dłuższy czas dogadać. W końcu poprosiłem go, żeby zadzwonił do warszatu, który wskazał mi poprzedni koleś i po niemiecku zapytał czy są mi w stanie pomoc. On jednak nie chciał mi w tym pomóc pewnie obawiając się udziału w „przestępstwie”. Na szczęście w końcu się złamał i zadzwonił to wybranego przez siebie warsztatu. Rozmawiał długo, najpierw z jedną osobą, potem z drugą, długo coś wyjaśniając i uśmiechając się z zażenowaniem. Wreszcie odłożył telefon i powiedział, że mi pomogą. Dzielny Jens za wyjście ze swojej strefy komfortu dostał dwa „Tyskie z Polska” z czego był wyraźnie zadowolony. W międzyczasie postanowiłem, że wymienię świece. Pamiętam jak przed wyjazdem, ze wzgledu na ograniczone miejsce, zapytałem sztucznej inteligencji jakie są szanse, że na raz padną dwie świece. Odpowiedziała mi, że praktycznie żadne i jeżeli nie jadę na koniec świata to jedna w zapasie w zupełności mi wystarczy. W tym momencie słyszałem, że żaden z cylindrów nie chodzi prawidłowo, więc ewidentnie potrzebowałem dwóch. Wykręciłem więc starą i pokazałem koleżance Jensa, żeby znalazła mi taką samą. Niestety nie wyszukała nic podobnego. Za chwilę jednak się nademną zlitowała i poprosiła o nr seryjny motocykla. Po jakimś czasie wygrzebała ostatnie dwie oryginalne świece. Kupiłem, wkręciłem i przejechałem się kawałek. Kicha, nic nie pomogło. Idąc po nitce do kłębka tym razem zapytałem, czy nie mają całych przewodów z fajkami. Jens odpowiedział, że to za stary motocykl, ale w końcu zaczął szukać. Po jakimś czasie wyjął z szuflady komplet czterech nowych przewodów od innego motocykla, a dokładnie od Kasety i to polskiej produkcji. Wybrałem dwa najdłuższe i grzecznie poprosiłem, czy mogę je przymierzyć. Jens się zgodził. Były trochę krótsze od oryginalnych, ale ostatecznie wszystko zagrało. Szybko też odpaliłem motocykl, żeby zobaczyć czy działają, bo przecież nie kupię kota w worku za 90 eurasków. Silnik chodził OK. Musiałem kupić cały komplet czterech, ale i tak byłem zadowolony, że w ogóle coś znaleźli. Ruszyłem więc w drogę. Niestety po 5 km znowu zaczęło się to samo. Stanąłem więc na parkingu przy jakimś markecie i zastanawiłem się, czy wracać do Jensa i pytać o cewkę. Na razie zdjąłem bak i poruszałem wszystkie możliwe konektorki i przekaźniki. W pewnym momencie podszedł do mnie koleś proponując pomoc. Jego żona powiedziała, że tuż za rogiem jest jakiś wulkanizator i mechanik w jednym. Stwierdziłem, że skoro jest tak blisko to warto podjechać, i tak też zrobiłem. Przywitał mnie młody chłopak i od razu powiedziałem mu o swoich problemach. Oczywiście nie ma maszyny do opon motocyklowych, ale opowiadając mu o objawach związanych z silnikiem zapytał, czy sprawdzałem dysze. I tu zaświeciła się żaróweczka. Tym bardziej, że mój ojciec też mnie o to pytał, ale ja zafiksowany na tą elektrykę jakoś zapomniałem o temacie. No i faktycznie – na dyszach totalne błoto! Jest szansa! Mechanik przyniósł spray do gaźników i wszystko ładnie wyczyściliśmy. Nic nie chciał za swoją pomoc, więc też dostał dwa „Tyskie z Polska”. Uśmiech pojawił się na jego twarzy, a na mojej jeszcze większy. Tym razem PeDek dostał drugie życie, chociaż czułem, że jeszcze nie chodzi na 100%. Zatrzymałem się na najbliższej stacji, zatankowałem i postawiłem motocykl za rogiem. Oczywiście, gdy poszedłem zapłacić, pani na kasie była zbulwersowana moim zachowaniem, ponieważ myślała, że ukradłem paliwo i pojechałem. Teraz już wiem, że w Niemczech nie odjeżdża się od dystrybutora przed zapłaceniem. Wracając do brzegu pomyślałem, że są przecież jeszcze dysze wolnych obortów, do których nie zaglądałem, dlatego szybko to nadrobiłem. Od tego momentu GS szedł jak wściekły. Szybko dojechałem do upragnionej wulkanizacji, gdzie już wiedzieli kim jestem i zapewnili mnie, że mi pomogą. Jednak, gdy zdjęli oponę pojawił się problem. Okazało się, że za długo jechałem na flaku i po obwodzie przetarło ją do mięsa. Stwierdzili, że nie mają takiej opony i jedynym sposobem jest włożenie dętki, jednak opona jest w zbyt tragicznym stanie. Wytłumaczyłem im, że mam do domu 600 km i muszą mi pomóc. Rozumiem, że to niebezpieczne, nielegalne i w ogóle. Gdy usłyszeli, że zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji, zgodzili się. Temat został rozwiązany za 70€ i flaszkę żubrówki. Tym sposobem skończył mi się cały alkohol, ale mogłem jechać dalej w miarę sprawnym motocyklem. Była 17:00 i robiło się ciemno. Miałem już być dawno, dawno na zlocie, a byłem dopiero na starcie. Droga jednak przebiegła w miarę sprawnie, nie licząc straszej mgły. Mgła, ciągle mgła, przecieram szybkę – dalej mgła. W pewnym momencie trochę mocniej przetarłem wizjer i okazało się, że mgła już dawno ustąpiła, tylko u mnie została w postaci zamarzniętej powłoki. O 23:00 szczęśliwie dotarem na metę. Chcąc wjechać na teren zlotu należy zapłacić wejściówkę w wysokości 40€. W cenie jest naklejka, mała blaszka z bieżącym rokiem, którą można podpiąć pod główną dodatkowo płatną blachę, opaska na rękę, gazetka z programem oraz worek na śmieci. Słomę (7€) i 1/10 metra sześciennego drewna (10€) można kupić na stoisku po prawej stronie zaraz po przekroczeniu bramy. Chcąc znaleźć miejsce pod namiot możemy udać się na prawo, na lewo lub tak jak ja to zrobiłem – jechać dalej prosto. Nie wiem jakie jest najlepsze rozwiązanie, ale o 23:00 w piątek wieczorem raczej wszędzie jest pełno. Jak już wspomniałem cały teren zlotu jest jedną wielką dziurą z pochyłymi zboczami. Żeby znaleźć kawełek prostego terenu pod namiot trzeba być co najmniej w środę. Ja zjechałem prawie na dno „Hexenkessel” („kotła czarownic”). Droga była strasznie wyślizgana i to, że się nie przewróciłem było nie małym sukcesem. Od razu pomyślałem o problemach jakie będę miał w niedzielę rano podczas wyjazdu, jednak przez całą sobotę po terenie zlotu jeździła ładowarka rozrzucając wszedzie kruszywo. Dzięki temu powrót do bramy stał się bułką z masłem. Tym razem nie wziąłem ze sobą składanej łopaty do śniegu i dobrze, bo śnieg był tak zmarznięty, że miałem robotę poradzić sobie z nim saperką. Tak jak zawsze wydrapałem wszystko do gołej ziemi, chociaż tym razem to był błąd. Wydawało mi się, że nie jest aż tak krzywo, ale noc to zweryfikowała. Zsuwałem się jak naleśnik z teflonu. Na szczęście przy wejściu położyłem spodnie i kurtkę, co izolowało mnie od dotykania stopami zimnego namiotu. Następnym razem śnieg z górnej części rzuciłbym na dół i ubił tworząc poziomy taras. Widziałem, że niektórzy tak zrobili i wcale się im to nie stopiło. Być może dlatego, że zmrożony śnieg się do tego nadaje, a puch już gorzej. Problemu na pewno nie byłoby gdybym przyjechał w sobotę, ponieważ rankiem blisko połowa ludzi pojechała do domu zostawiając po sobie płaskie legowiska z darmową słomą. Zresztą trudno im się dziwić skoro część była tu już od poniedziałku. Można tu znaleźć dużo wspólnych obozowisk i kilkuosobowych namiotów ogrzewanych piecami na drewno. Na Elefantentreffen nie ma żadnego problemu z wodą i jedzeniem. Są dwa miejsca z bieżącą darmową wodą pitną: jedno jeszcze przed bramą, a drugie całkiem na dnie kotła. Są też punkty gastronomiczne, w których można kupić zarówno piwo jak i jedzenie np. elefantenburger (zwykła bułka z konkretnym kotletem mielonym i surówką w cenie 5€). Kibelki są zbite z drewna, w miarę czyste i nawet czasem jest w nich papier. Nowością wprowadzoną od tego roku jest obowiązywanie zasad ruchu drogowego na terenie całego zlotu. Max. prędkość 7 km/h, obowiązkowy kask, zakaz poruszania się motocyklem nie licząc wjazdu i wyjazdu, zakaz odpalania silników i pił spalinowych pomiędzy północą a 7 rano oraz to co najbardziej oburzyło Niemców – zakaz jazdy po alkoholu. Do tej pory jeżdżenie po pijaku były dozwolone i wiele uczestników między innymi po to tu przyjeżdżało. Na dole Hexenkessel znajduje się owalny tor, gdzie w ciągu roku odbywają się zawody w stylu „wrak race”, a podczas zlotu niejeden pobijał tam swoje rekordy po kolejnych browarach. Niestety w zeszłym roku ktoś zginął. W tym roku na torze widziałem tylko Tezlę na swoim wehikule. Jeśli ktoś nie kojarzy gościa, to warto zobaczyć w necie co zrobił ze swoim 1100GS – pneumatyka, wyciągarka, centralne pompowanie kół, 300 litrów przestrzeni bagażowej, itd. … A propos wehikułów to na Elefanta przyjeżdza masa dziwadeł, w tym bardzo wiele z wózkiem bocznym. Są tu ludzie i z Hiszpanii, i z Grecji, jednak zdecydowanie najwięcej jest Niemców, potem Czechów i Włochów. Znaną atrakcją zlotu jest Wackelstein, czyli 50-cio tonowy głaz, który leży na innym głazie w ten sposób, że w dwie osoby można go ruszyć, w kilka rozbujać, ale jeszcze nikomu nie udało się go przeturlać na dół. Aby do niego trafić musimy wyjść przez bramę i pójść w lewo. Następnie po 200 metrach skręcamy w prawo i potem zaraz w lewo leśną wydeptaną ścieżką. Atmosfera na zlocie jest bardzo przyjacielska i mimo, że ciężko tu znaleźć kogoś trzeźwego, nie spotkałem się z żadną zadymą. Nie gra też głośna muzyka i ogólnie jest spokojnie. Nad bezpieczeństwem czuwa straż pożarna i wielu medyków z Niemieckiego Czerwonego Krzyża. Mają swój wóz Drzymały, gdzie nawet pozwolili mi podładować telefon (jakby co telefon na noc chowamy do śpiwora, bo położony obok przez te kilka godzin od razu traci pół baterii). Jestem zadowolony, że udało mi się w tym roku zaliczyć Elefantentreffen i do tego w śniegu, a nie w błocie. Jednak nie podobało mi się tam tak samo jak na Wolfentreffen. Może dlatego, że byłem sam, a może po prostu nie ogarniam już takich dużych zlotów i wolę małe, spokojne i kameralne. Ps. Droga powrotna przebiegła bez problemów, jedynie temperatura nie robiła szału, bo dojeżdżając miałem na termometrze 14 stopni na minusie.

























